31
Mieliśmy naprawdę mało czasu aby wydostać się z miasta i jego okolic. Patrol zajrzałby w każdy kąt, sprawdziłby każdy samochód, łącznie z tymi strażniczek. Nie mogliśmy liczyć na szczęście. Możliwe, że jeśli teraz wpadniemy, już nie będzie drogi ucieczki. Zadbają o to abyśmy nie ujrzeli światła dziennego.
Dylan jechał na złamanie karku, był zdenerwowany.
Siedziałam na fotelu pasażera i błagałam w myślach o to, abyśmy jak najszybciej stąd zniknęli.
— Gdyby nie twoja głupia przyjaciółka, już dawno by nas tu nie było — warknął w końcu.
— Musiałam się z nią zobaczyć.
— Czasem trzeba myśleć o czymś więcej niż o własnych potrzebach!
Wyjechaliśmy z lasu, nasza naturalna osłona zniknęła. Była tylko pusta przestrzeń i dziesiątki mil do przejechania. To się nie mogło udać. Zaraz wylecą helikoptery, nie mieliśmy szans.
— Przepraszam — powiedziałam, ponieważ to było naprawdę lekkomyślne z mojej strony.
Niestety głupie "przepraszam" nie mogło nas uratować.
— Już się nie nie odzywaj — warknął gwałtownie skręcając. — Mamy jeden wóz na ogonie. — Uderzył pięścią w kierownicę, po czym dodał gazu.
Jeśli nie zostaniemy złapani, to na pewno skończymy w rozbitym samochodzie.
Z jednego pojazdu zrobiło się dziesięć. Mieliśmy dużą przewagę odległości, ale to nie mogło potrwać długo.
Ogarnęła mnie panika. Starałam się wymyślić jakieś wyjście z tej sytuacji.
— Zatrzymaj się — powiedziałam w końcu.
— Pogięło cię? Może jeszcze kupię im szampana?
— Zatrzymaj się, wysadź mnie i jedź dalej. Kiedy będą mieć mnie, powinny dać ci spokój. Proszę, zrób to. — Spojrzałam na niego błagalnie.
— Chyba uderzyłaś się w głowę, gdy wyjechaliśmy w jakąś dziurę. — Prychnął zdenerwowany.
— Masz jakiś inny plan?! — krzyknęłam.
Przed nami rozciągała się pusta przestrzeń, ścigało nas dziesięć samochodów. To było jedyne wyjście, przynajmniej jedno z nas mogło się uciec.
— Nie będę ratował swojego tyłka kosztem ciebie! Wybij to sobie z głowy.
Spojrzałam do tyłu. Auta były znacznie bliżej niż minutę temu.
— Uważaj! — krzyknęłam.
Przed nami pojawiły się dwa wozy, które jechały na nas z wielką prędkością.
Chłopak gwałtownie skręcił wyjeżdżając na puste pole.
Po paru sekundach byliśmy okrążeni przez dwanaście samochód strażniczek. Serce niemal wyskoczyło mi z piersi.
— Razem zaczęliśmy i razem skończymy — powiedział Dylan.— A chciałem wysadzić jeszcze parę rzeczy przed śmiercią.
Jego żarty wcale nie były zabawne.
Strażniczki wysiadły z aut i okrążyły nas z wyciągniętymi przed siebie karabinami.
— Między tymi dwoma wozami została duża przestrzeń. — Pokazałam na samochody przed nami. — Dałbyś radę się między nimi zmieścić? — zapytałam.
— Mógłbym pozbawić ich lusterek i lekko zarysować. — Uśmiechnął się głupio.
— Więc, gdy zamknę drzwi, jedź i ani mi się waż zatrzymywać.
— Co?
Otworzyłam drzwi i wysiadłam z samochodu. Miałam nadzieję, że okaże się na tyle mądry i zrobi, co kazałam. Stanęłam pomiędzy lufami karabinów i zatrzasnęłam pojazd.
Drzwi po drugiej stronie się otworzyły.
— Dzień dobry. — Usłyszałam wesoły głos Dylana.
Kretyn.
— Kogo my tu mamy? — Strażniczka stojąca najbliżej zwróciła się do mnie.
— Kup sobie okulary, jeśli nie widzisz — prychnęłam.
— Lepiej uważaj, bo z wielką przyjemnością odstrzelę ci jakąś część ciała. — Dźgnęła mnie pistoletem.
Przełknęłam ślinę.
— Grzeczniej mi tam! — krzyknął Dylan.
Nie widziałam go po drugiej stronie samochodu, ale najwidoczniej świetnie się bawił. Jeśli wyjdziemy z tego cało, załatwię mu taką porządną dawkę kopów w tyłek, że nie będzie potrafił usiąść przez najbliższy tydzień.
Analizowałam, jak szybko uda mi się wyciągnąć broń i czy uda mi się zastrzelić dwie najbliżej stojące strażniczki, nim one zabiją mnie. Niestety z moim refleksem i doświadczeniem z bronią nie miałam zbyt wielu szans.
Przypomniałam sobie o scyzoryku ukrytym w kieszonce przy kołnierzu. Gdyby tylko udało mi się jakoś odwrócić ich uwagę, mogłabym wyciągnąć scyzoryk i pistolet w tym samym czasie. Pierwsza strażniczka stała na tyle blisko, że miałam swobodny dostęp do jej odsłoniętej szyi. Kolejna stała już trochę dalej, jeśli trafię za pierwszym razem, raczej nie powinna zdążyć strzelić. Reszta była bardziej zajęta Dylanem, który był uzbrojony po zęby i ciągle gadał jakieś głupoty. Miałam nadzieję, że szybko coś wymyśli, ponieważ gra na czas nie potrwa zbyt długo.
— Moja mama nie przesyła mi pozdrowień? — zapytałam, opierając się o samochód, jak gdyby nigdy nic.
— Narobiłaś sobie kłopotów — powiedziała dalej stojąca strażniczka.
Przewróciłam oczami.
— Ją skuć i wsadzić do wozu — powiedziała inna strażniczka. Skądś kojarzyłam jej twarz. — Jego możecie zabić. Ciało zostawcie, to będzie ostrzeżenie dla wszystkich.
— Nikt nie będzie rzucał mojego idealnego ciała na ziemię — prychnął Dylan z pogardą.
Gdy usłyszałam pierwszy strzał wyciągnęłam scyzoryk i pistolet ukryty pod kurtką. Odtrąciłam łokciem broń strażniczki i wbiłam jej nóż prosto w kark, przecinając tętnicę. Drugą ręką, w tym samym czasie nacisnęłam na spust i trafiłam drugą strażniczkę w ramię. To wystarczyło by upuściła broń.
— Do auta! — Usłyszałam krzyk Dylana.
Odwróciłam się do tyłu i zauważyłam, że tylko trzy strażniczki trzymają się na nogach.
Szybko wykonałam polecenie Dylana i wsiadłam do samochodu.
Chłopak zrobił to samo kilka sekund później.
— Krwawisz — powiedziałam przerażona.
Z prawego ramienia sączyła się gęsta krew. Doskonale było widać dziurę po kuli. Chłopak mnie zignorował. Odpalił samochód i na pełnym gazie ruszył do przodu. Zmieszczenie się pomiędzy dwoma samochodami skończyło się tak, jak powiedział Dylan. Gdy byliśmy na drodze, ciągle spoglądałam do tyłu, by upewnić się, że nikt nas nie ściga.
Dylan wydawał się nie zwracać uwagi na ranne ramię, chodź krew kapała już na siedzenie. Zatrzymał się dopiero pomiędzy budynkami w najbliższym miasteczku.
— Seth, musisz po nas przyjechać, jak najszybciej się da — powiedział Dylan do telefonu. Głowę miał odchyloną do tyłu, oczy zamknięte, a zraniona ręka luźno spoczywała na kolanach.
— Jesteśmy na północ od Waszyngtona. Niech Jared namierzy samochód. B67. Szybko, mieliśmy komplikacje, postrzelili mnie. Dobra. — Rozłączył się. Po kilku sekundach ciszy postanowiłam się odezwać.
— Opatrzę cię. — Wyciągnęłam rękę w jego kierunku.
Chłopak gwałtownie się odsunął.
— Już chyba wystarczająco zrobiłaś — warknął w moim kierunku. — Musiałaś zobaczyć swoją głupią przyjaciółkę. Powinnaś się w końcu nauczyć, że nie będziesz dostawać tego, czego chcesz. To był ostatni raz, gdy pozwoliłem ci na takie coś.
— Więc trzeba było mi na to nie pozwalać!
— Zamknij się! — krzyknął.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Postanowiłam już nic nie mówić i nie drażnić go jeszcze bardziej, bo już i tak był zdenerwowany. Dzień wcześniej spotkanie z Marią, dziś strzelanina. Ten chłopak ciągle żyje w strachu i w stresie. Teraz i ja weszłam do tego świata. Muszę wiedzieć, że nigdzie nie jest dla mnie bezpiecznie. Ani na zewnątrz, ani tam na dole.
Seth przyjechał jakąś godzinę później. Dylan nie odezwał się przez ten czas ani słowem, tak samo jak ja. Oboje stwierdziliśmy, że tak bardziej najlepiej.
Dylan opowiedział wszystko co się wydarzyło, nie szczędził przy tym wulgaryzmów.
Seth sprawił, że chłopak się trochę uspokoił, więc mogliśmy wsiąść do samochodu. Nasz wóz musiał zostać, ale został ukryty na tyle, ile było to możliwe.
Bałam się powrotu. Wiedziałam, że od teraz nie będzie już tak łatwo.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com