Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

7


     Zamknęłam drzwi na klucz i opatuliłam się mocniej płaszczem. Zimne podmuchy wiatru smagały moje odsłonięte nogi. Odwróciłam się i spojrzałam na Dylana. Wiatr targał jego brązowe włosy. Stał wyprostowany z ponurą miną na twarzy, a ręce włożył do kieszeni czarnych spodni. Miał na sobie tylko granatową, dość grubą bluzę i czarne trampki. Chciałam namówić go na ubranie czegoś cieplejszego, ale odmówił twierdząc, że nie jest mu to potrzebne.
   Nic nie mówiąc, ruszyłam przodem do limuzyny, która już na nas czekała. Zgodnie z planem mieliśmy udać się dzisiaj do miasta. Nadal przeklinałam się w duchu za swoją głupotę i za to, co zamierzałam zrobić. Przecież mogą mnie za to zabić, albo wtrącić do więzienia. Mogliby, ale tego nie zrobią, ponieważ moja matka na to nie pozwoli. W każdym razie miałam nadzieję, że nic się nie wyda, ponieważ tak czy inaczej miałabym kłopoty.

Gdy znaleźliśmy się wewnątrz pojazdu, wyciągnęłam z torebki kajdanki na długim, srebrnym łańcuszku. Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony.

— Chyba nie chcesz mi tego założyć i prowadzić jak psa? — warknął.

— Rozmawialiśmy już na ten temat. Musimy wyglądać jak najnormalniej, a nie wyjdzie to, gdy będziesz sobie od tak chodził po mieście. Nawet jeśli ja będę obok ciebie, będzie to podejrzane.

— Rozumiem, ale jako córka prezydenta nie masz większych przywilejów? — odchylił się na oparciu fotela, krzyżując ręce na piersi.

— Mam ci to tłumaczyć jak małemu dziecku? Nie każdy mnie kojarzy i może zadzwonić do straży, wtedy przyjadą i będzie problem, a twój plan nie wypali. Albo to, albo nic – wybieraj. — powiedziałam sucho.

Starałam się mu pomóc, ryzykując własne życie, ale on i tak musiał stwarzać problemy. Westchnął, jednak nic nie powiedział, więc uznałam to za zgodę. Podałam mu klucz, przez co spojrzał na mnie dziwnie.

— Po co mi on? — zmarszczył brwi.

— Zawsze coś może pójść nie tak. Gdyby mnie przy tobie nie było, a musiałbyś uciekać, przynajmniej będziesz mógł pozbyć się kajdanek. — pokiwał głową i włożył klucz do kieszeni spodni. Ja umieściłam drugi w kieszeni swojego płaszcza.

Kiedy byliśmy już prawie na miejscu, założyłam mu kajdanki. Chwyciłam za łańcuszek i spojrzałam na jego minę, która nie wyrażała zadowolenia. Zatrzymaliśmy się przed dużym centrum handlowym. Wysiadłam pierwsza, ciągnąc za sobą Dylana. Skupiło się na nas mnóstwo spojrzeń. Wiedziałam, że napewno niektórzy mnie poznali i byli zainteresowani moim Wybranym. Inni gapili się tylko na Dylana, który, cóż... Wyglądał bardzo dobrze.
   Kroczyłam dumnym krokiem w kierunku wejścia. Przede mną szła strażniczka, z tyłu była jeszcze jedna, która zamykała korowód. Błagałam w myślach Dylana, aby zachowywał się tak, jak go uczyłam. Miał iść ze spuszczoną głową, nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego i absolutnie się nie odzywać. Spojrzałam na niego kątem oka i z ulgą stwierdziłam, że póki co stosował się do wymagań.
    Pierwszym punktem planu było zgubienie strażniczek. Centrum handlowe było na to dobrym miejscem, ale i tak mogło być ciężko. Były wyszkolone i to bardzo dobrze. Chodziliśmy jakiś czas po różnych sklepach. Wiedziałam, że w którymś znajdowały się schody prowadzące na wyższe piętro, ale nie byłam pewna w którym, ponieważ byłam tu tylko raz.
Straż nie mogła wchodzić ze mną do sklepów. Mogła jedynie stać przy wejściu. Ucieszyłam się, gdy w końcu trafiliśmy na to, czego szukałam. Chwilę pokręciliśmy się po sklepie i dopiero, gdy upewniłam się, że nikt nie zwracał na nas większej uwagi, ruszyłam w stronę schodów. Znaleźliśmy się na czwartym piętrze w sklepie z bielizną. Ruszyłam do wyjścia, cały czas trzymając w ręce łańcuszek od kajdanek. Wsiadłam do windy, która właśnie się otworzyła i wyszła z niej kobieta o burgundowym odcieniu włosów oraz krótkiej sukience w podobnym odcieniu. Weszliśmy do windy, w której na szczęście nie było nikogo. Wcisnęłam przycisk na poziom minus jeden, gdzie znajdował się podziemny parking. W trakcie jazdy w dół winda zatrzymała się tylko raz na trzecim piętrze, przez co serce podeszło mi do gardła. Na szczęście kobieta o morskich włosach i białym futrze sięgającym do ziemi wysiadła na pierwszym piętrze, nie zaszczycając nas w międzyczasie ani jednym spojrzeniem.

Odetchnęłam z ulgą, gdy znaleźliśmy się na parkingu. Jedna część planu była prawie za nami. Teraz trzeba było się stąd wydostać i udać do sklepu, który znajdował się piętnaście minut drogi stąd. Pracowała w nim znajoma Dylana, która miała mu pomóc. Udaliśmy się do wyjazdu z parkingu. Nie spotkaliśmy jeszcze nikogo, co było ogromnym szczęściem. Parę minut później znaleźliśmy się za budynkiem. Nie było tu niczego oprócz śmietnika i pojedynczego magazynu. Ściągnęłam brunetowi kajdanki. Otarł dłońmi nadgarstki, spoglądając na mnie.

— Połowa sukcesu za nami. Teraz muszę się dostać do Flory. Wiesz, że nie musisz dalej ze mną iść? — zapytał.

— Tak, ale chcę się upewnić, że wszystko się udało, bo ty raczej mnie o tym nie poinformujesz. — przytaknął.

Nie chcąc tracić czasu, ruszyliśmy w drogę. Przemieszczaliśmy się jak najbardziej pustymi terenami, aby nikt nas nie zauważył. Straż na pewno zorientowała się już, że zniknęliśmy i wszczęła alarm. Nie mieliśmy za dużo czasu. Za jakieś góra pół godziny miasto powinno być pełne strażniczek, które by nas szukały. Jeśli znalazłyby nas teraz, nie byłoby ciekawie. Dylana prawdopodobnie by zamknęli. Ryzykowaliśmy bardzo wiele, jeśliby się nie udało, bylibyśmy w czarnej dupie.

Dotarliśmy do celu bez zbędnych utrudnień, co bardzo mnie zaskoczyło. Ale to logiczne, że nikt się nie kręcił w tak mało zaludnionych częściach miasta, jak to. Zastanawiałam się nawet, jak sklep w takim miejscu funkcjonował. Zatrzymaliśmy się przed wejściem. Chłopak, który cały czas szedł przede mną ani razu się nie oglądając, w końcu na mnie spojrzał. Otworzył usta z zamiarem powiedzenia czegoś, ale momentalnie je zamknął. Przeczesał ręką włosy i odetchnął.

— Dzięki za pomoc. — powiedział, zaraz po tym zaciskając wargi.

— Nie ma za co. Chodź byłeś aroganckim dupkiem cieszę się, że mogłam ci pomóc. Życie w niewoli napewno nie jest ciekawe.

Nie wiedziałam, gdzie by się potem udał. Nic nie mówił na ten temat, a ja nawet nie pytałam. Prawdopodobnie miało to związek z tą dziewczyną. Może była dla niego kimś ważnym, jego drugą połówką...

Pokręciłam głową, odrzucając nieproszone myśli. Nie wiedziałam nawet, dlaczego się pojawiły. Prawdopodobnie dlatego, że uświadomiłam sobie, iż widziałam go ostatnie pare minut, a moje życie zaraz ponownie stanie się takie jak przedtem. Oczywiście pod warunkiem, że po zniknięciu Dylana nie spadłyby na mnie podejrzenia i uwierzyliby w moją bajeczkę o tym, że ukradł mi klucz z kieszeni, a potem groził śmiercią, jeśli nie pozwolę mu uciec.

Kiedy brunet miał już nacisnąć klamkę, odwrócił się ponownie w moim kierunku.

— Mam nadzieję, że gdy dorwiesz się do władzy zmienisz ten świat na lepsze. — przygryzłam wargę i pokiwałam głową.

Gdy weszliśmy do środka odetchnęłam z ulgą, ponieważ przemarzłam do kości. Mogłam ubrać spodnie i jakieś cieplejsze buty, zamiast cienkiej sukienki i balerin. Dylan spojrzał na mnie, a później zaczął przemieszczać się między regałami, kierując się w stronę kasy. Sklep nie był duży, ale całkiem przytulny. Na półkach znajdowało się pełno ozdób wszelakiego rodzaju, niektóre były całkiem estetyczne. W pomieszczeniu panowała głucha cisza, a za ladą nie było nikogo.

— Flory. — jego gruby głos wypełnił ciszę.

Po chwili zaplecza wyszła młoda dziewczyna o biało-niebieskich włosach. Była całkiem ładna. Spojrzałam na Dylana, którego mina mówiła mi, że coś jest nie tak. Szturchnęłam go łokciem.

— To nie ona. — powiedział szeptem w moją stronę, na co przełknęłam ślinę.

— Mogłabyś mi powiedzieć, czy zastałam Flory? — zapytałam miło dziewczyny.

Wpatrywała się w Dylana szeroko otwartymi oczami, a jej ciało lekko drżało. Na dźwięk mojego głosu przeniosła wzrok z chłopaka na mnie.

— Nikt taki tu nie pracuje. — cofnęła się o krok, chowając ręce za plecy.

Dylan przeklął pod nosem. Pociągnął mnie za ramię między regały.

— Muszę stąd zwiewać. Nie wiem, dlaczego nie ma tu Flory, ale ta dziewczyna napewno jest jedną z was i założę się, że zaraz nas zgłosi.

— A co ja mam robić? — zapytałam lekko zdenerwowana.

— Nadal trzymasz się planu. Idziesz w publiczne miejsce i mówisz pierwszej napotkanej strażniczce, że twój Wybrany uciekł. Powinno się udać. Ze względu na twoją matkę nie powinni cię zbyt szczegółowo przepytywać, a jeśli tak, to coś wymyślisz.

Oboje odwróciliśmy głowy w stronę dziewczyny, gdy usłyszeliśmy trzask. Telefon wypadł jej z ręki, a ja byłam pewna, że zostało nam niewiele czasu. Szybko wybiegliśmy z budynku. Niestety, po przebyciu kilku metrów przed nami wyłoniła się strażniczka, celując do nas bronią, zaraz obok niej pojawiła się druga i następna. Było ich około dziesięciu, a każda miała w rękach broń skierowaną w naszą stronę.

— Nie róbcie żadnych gwałtownych ruchów, inaczej będziemy strzelać! — krzyknęła ta stojąca najbliżej. Znajdowały od nas w odległości jakichś dziesięciu metrów.

Nie wiedziałam kiedy, ale Dylan chwycił mnie od tyłu i przyciągnął do siebie. Poczułam przy gardle coś zimnego i cienkiego. Nóż? Skąd on ma do cholery nóż!? Zaczęłam panikować.

— Spokojnie, nic ci nie zrobię. — powiedział cicho, obok mojego ucha. Nie, żeby mnie to jakoś pocieszyło.

— Stójcie, albo poderżnę jej gardło! — krzyknął, a ja poczułam wibracje jego piersi na moich plecach. Strażniczki nic sobie z tego nie robiąc, zaczęły powoli się do nas zbliżać.

— Nie zmuszajcie nas do użycia siły! Poddajcie się, a obiecujemy darować wam życie! — mówiły tak, jakbym nie miała noża przystawianego do gardła i próbowała uciec razem z nim. Dylan zaczął cofać się do tyłu małymi kroczkami, by zwiększyć zmniejszającą się odległość między nami, a strażniczkami.

— Kiedy cię puszczę, wymijasz mnie i biegniesz przed siebie, jak najszybciej potrafisz. Będę zaraz za tobą. — pokiwałabym głową, ale bałam się, że niechcący podetnę sobie gardło.

Poczułam, jak uścisk wokół mnie zaczyna się rozluźniać, a w końcu całkiem zniknął. Bez chwili namysłu odwróciłam się tyłem do strażniczek i puściłam się sprintem wzdłuż ulicy. Usłyszałam wystrzały i odgłos uderzającego o chodnik ciała. Błagałam, aby to nie był Dylan, ale słysząc zbliżające się kroki i nieustające wystrzały, wiedziałam, że on biegnie za mną. Jakimś cudem musiał zabić lub mocno zranić jedną ze strażniczek. Gdy zrównał się ze mną, chwycił moją dłoń i pociągnął w przód, przez co musiałam przyspieszyć. Moje płuca paliły żywym ogniem, nie byłam przyzwyczajona do takiego biegu, ale wiedziałam, że nie mogłam się zatrzymać.

Wystrzały ucichły, ale my nadal nie przestawaliśmy biec. Skręciliśmy w jakąś wąską alejkę i odrobinę zwolniliśmy. Niestety, nie wystarczająco, abym mogła odetchnąć. Wybiegliśmy na większą ulicę i znów przyspieszyliśmy. Znów usłyszałam wystrzał i się obejrzałam. Za nami były dwie strażniczki, przez co zmusiłam się do szybszego biegu, choć moje płuca protestowały.

Nagle przy kolejnym strzale poczułam w nodze przeszywający ból. Krzyknęłam i upadłam, zdzierając sobie przy tym kolana. Zwinęłam się na drodze chwytając się za łydkę. Czułam ciepłą krew pod palcami. Ktoś uniósł mnie do góry. Słyszałam jak Dylan mówi, że musimy uciekać. Przygryzłam wargę i zmusiłam się do zrobienia kroku. Gdyby nie Dylan, prawdopodobnie ponownie bym upadła. Chłopak wziął mnie na ręce i bez zbędnych ceregieli zaczął biec przed siebie. Byliśmy przez to o wiele wolniejsi, ale jakoś udało się nam je zgubić.

    Chłopak kopniakiem otworzył drzwi do jakiegoś budynku. Wszedł do środka i posadził mnie pod ścianą. Później zamknął drzwi i zaczął je barykadować czym się dało. Nie miał zbytniego wyboru, ponieważ było tu tylko jakieś biurko, krzesło i trochę gruzu, ale lepsze to niż nic. Gdy się z tym uporał, uklęknął przede mną i chwycił moją nogę. W pierwszym odruchu chciałam ją wyrwać, ponieważ ból był niesamowity, ale mocno mnie przytrzymał. Oglądał ranę tak, jakby robił to całe życie, nawet nie mrugnął. Ja za to bałam się spojrzeć w dół.

— Kula na szczęście nie utknęła w nodze, tylko musnęła skórę, ale rana jest na tyle głęboka, że muszę zatamować krwawienie.

Ściągnął bluzę przez głowę. Przymknęłam oczy, gdy zobaczyłam, że ma zamiar też zdjąć koszulkę. Sekundę później usłyszałam darcie się materiału. Otworzyłam oczy, kiedy zawiązał materiał na mojej nodze. W pierwszej kolejności popatrzyłam na niego. Akurat zakładał już bluzę, więc nie musiałam być w niekomfortowej sytuacji. Później mój wzrok powędrował na nogę, spostrzegając, że szary materiał zdążył już przesiąkać krwią. Pomyślałam, że prawdopodobnie będzie trzeba to zszyć, chociaż nie mieliśmy takiej możliwości.

Chłopak oparł się o ścianę obok mnie. Nadal dyszał, tak samo, jak ja. Chętnie bym się czegoś napiła, ale musiałam obejść się smakiem.

— Co teraz? — spytałam.

— Nie mam pojęcia, mój plan nie obejmował... Tego. — machnął rękami, pokazując wszystko dookoła. — Nie mam pojęcia, dlaczego w sklepie nie było Flory. Gdyby była, to porostu zawiozłaby mnie tam, gdzie jest bezpiecznie. Teraz muszę jakoś sam się tam dostać. — westchnął.

— A co ze mną? — zapytałam. Nadal byłam oszołomiona całą tą sytuacją.

— Pójdziesz ze mną. Wątpię, żebyś teraz wróciła i wyszła z tego cało biorąc pod uwagę to, że uciekaliśmy razem.

   Nic nie odpowiedziałam. Między nami nastała cisza. Spojrzałam na Dylana, który z zamkniętymi oczami opierał głowę o mur. Był spocony i zmęczony, ale nadal prezentował się perfekcyjnie. Ja za to byłam cała podenerwowana, ponieważ moja przyszłość stanęła pod wielkim znakiem zapytania.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com