10
DYLAN
Jechałem na obrzeża Bostonu. Nie sam oczywiście, wiem do czego White jest zdolny. Isaac spojrzał na mnie i kiwnął w geście porozumienia. Dosyć długo szukałem lokalizacji, wcześniej te rejony zupełnie nie były mi znane.
Moim oczom ukazała się dzielnica starych szeregowców, które wyglądały na opuszczone, choć w żadnym wypadku nie były - patrząc na szemrane towarzystwo kręcącę się przy nich.
Krew w moich żyłach była tak gorąca, że mogło się zdawać iż przyprawiła mnie o gorączkę, bałem się co zastanę w jedym z domów.
Gwałtownie zachamowałem gdy jakiś dzieciak wybiegł mi na ulice, przeklnąłem w jego stronę a on zdawał się tym kompletnie nie przejmować, gdyż pokazał mi środkowy palec. Z pewnością nie jest to miejsce, w którym chciałbym mieszkać.
Po jakimś czasie dojechaliśmy na miejsce, dom był dość oddalony od pozostałych jako jedyny. Wiedziałem, że jesteśmy na przegranej pozycji. Dom wydawał się być bardzo stary, odpadający tynk i wybite okna, utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Na policje raczej nie możemy liczyć, wiedząc, że Joe nimi dryguje. Szeryf to jego wujek, więc jesteśmy zdani sami na siebie.
Wysiadłem z samochodu, każąc Levinowi zostać, Joe musi być pewien, że jestem sam. Tego właśnie pragnie – mnie.
Nie miałem siły dłużej zwlekać, ruszyłem prędko w stronę sypiących się schodów i drzwi frontowych.
Na szczęście nie były zamknięte – przecież się Ciebie spodziewał idioto, pomyślałem.
Od razu do moich nozdrzy uderzył nieprzyjemny zapach stęchlizny. Skrzywiłem się lekko.
-Joe ! – krzyknąłem choć miałem nadzieje, że go nie zastanę. Tylko uratuje Violet, jednak to kiedyś musi się skończyć.
-Oo, witaj mój przyjacielu – usłyszałem jego wstrętny głos a zaraz po tym zobaczyłem go...całego we krwii. Zrobiło mi się słabo.
-Co jej zrobiłeś! Przysięgam jeżeli to krew Violet, zabije Cię – warknąłem.
-Jakiś Ty naiwny Dylan. Nareszcie los stoi po mojej stronie, a nie Twojej. Nie masz pojęcia jak długo na to czekałem, żeby Cie zniszczyć. Tyle lat, a ty nadal taki sam.
-Nie jestem już tą samą osobą co kiedyś, White. A to wszystko twoja wina, stałem się takim samym chujem jak ty. Dopiero Violet mnie zmieniła, pokazała że znów mogę kochać, stała się moją drugą Carlą, a ty znów chcesz mi ją zabrać. Dlaczego mnie tak nienawidzisz.
-Wzruszające do prawdy. Zawsze miałeś to co chciałeś O' Brien. Wszystko przychodziło Ci tak łatwo.
Sport, panny, nauka – wszystko to, w czym ja nie byłem dobry.
-Dlaczego winisz mnie, za twoją niepełnosprawność umysłową ?Może idź z tym do swojej matki – wysyczałem przez zęby. – jego zachowanie ocierało się o szaleństwo. Powinien siedzieć zamknięty w jakimś szpitalu z daleka od świata. Widziałem jak jego szczęka niebezpiecznie się zacisnęła. Chyba go wkurzyłem, to dobrze.
Gdy chłopak spuścił głowę w dół, skorzystałem z okazji i napisałem szybko do Isaaca.
-Pewnie chcesz zobaczyć Violet? – zapytał i uniósł głowę ze złowieszczym uśmiechem. Teraz to ja zacisnąłem szczęke. Coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Dlaczego był tu sam ? Żadnych pomocników? Nikogo ?
White ruszył w głąb domu a ja zaraz za nim.
Kątem oka widziałem, że Isaac się zbliża.
Zaprowadził mnie do ciemnego pomieszczenia, chyba do piwnicy. Zaczął otwierać drzwi, ale za nim to zrobił uprzedził, że to co zobaczę może mi się nie spodobać.
Gdy drzwi uchyliły się, to co tam zobaczyłem sprawiło, że postanowiłem wyciągnąć broń.
-Hej spokojnie, kochanku – warknął Joe i również wyciągnął broń.
-Zostaw ją skurwysynie – warknąłem a w moich oczach pojawiły się łzy.
Violet siedziała na starym krześle, była cała zakrwawiona i obmacywana, przez kumpla Joe.
-Ale my się świetnie bawimy – oblech spojrzał na nieprzytomną dziewczynę. – No cóż tylko ja – poprawił się, gdy dziewczyna siedziała bezwładna.
Bez większego namysłu strzeliłem do niego i po chwili upadł zwijając się z bólu.
White'owi się to nie spodobało. Czułem jak przystawił mi broń do skoroni.
-Myślisz, że tym razem też jesteś najlepszy we wszystkim ?! – wydarł się i przyparł mnie do ściany.
Usłyszałem za sobą kroki, miejąc nadzieje, że to Levin.
Jednak gdy zobaczyłem, że jakiś dryblas go szarpie, straciłem całkowitą nadzieję. Byliśmy w dupie.
-Myślałeś, że się nie przygotuję na to, że możesz nie być sam ? Nie jestem taki głupi Dylan. Tym razem nie przepuszczę okazji, by się Ciebie pozbyć raz na zawsze.
Pora zmienić linię frontu.
-Joe, wiem że chcesz tylko mnie. Wypuść Violet i Isaaca, a my załatwmy to jak mężczyźni.
Miałem nadzieję, że zgodzi się na taki układ.
-Chyba sobie żartujesz – warknął.
-Zginiecie wszyscy trzej – uśmiechnął się.
-Violet nie ma zbyt wiele czasu, niedługo się wykrwawi a my sobie grzecznie na to poczekamy. Cóż za dramatyczne zakończenie, cała rodzinka zginie w tajemniczych okolicznościach.
-Będziesz się smażył w piekle.
IAN
Wiedziałem, że Dylan zrobi coś skrajnie nieodpowiedzialnego, dlatego nie czekając wiele, postanowiłem pojechać za nim. Czułem, że jeżeli tego nie zrobię stanie się coś strasznego. Musiałem im pomóc, to moja siostra. Violet została z rodzicami, a ja zgarnąłem po drodze Alexa, byliśmy przygotowani na wszystko.
Gdy dojechaliśmy na miejsce, zauważyliśmy Isaaca wchodzącego do budynku, a zaraz za nim, jakiegoś gościa. Wiedziałem, że nie przewidzieli tego. Poszedłem do głównego wejścia, a Alex'owi kazałem sprawdzić tylnie. Postanowiłem narobić trochę hałasu żeby kogoś wypłoszyć. Długo nie czekałem, facet który poszedł za Isaac'iem stał tuż przede mną. Uśmiechnąłem się tylko i zanim zdążył wyciągnąć broń podbiegłem i wbyłem mu nóż. Zobaczyłem Alexa tuż za nim i kazałem mu sprawdzić wszystkie pomieszczenia a sam udałem się w stronę głosów, dochodzących z piwnicy.
Moim oczom ukazał się Dylan z bronią przystawioną do skroni, a za nim Joe. Isaac siedział przy zakrwawionej Violet. Nie ruszała się. Podeszłem cicho do Joe i również przystawiłem mu tym razem nóż do pleców.
-Opuść broń – warknąłem.
-O proszę widzę, że mamy zlot rodzinny, brakuje jeszcze tylko słodkiej Amber.
W jego głosie nie dało się wyczuć strachu. To było przerażające. Opuścił powoli broń, a Dylan mógł podbiec do Violet. Zaczął gładzić ją po policzkach, robił wszystko by się obudziła.
-Tak szybko się nie obudzi – ziewnął White.
-Co jej zrobileś – krzyknął Dylan.
-Daj spokoju środki nasenne to nie narkotyki – parsknął. -Jednakże, podane w dużej dawce mogą być niebezpieczne.
DYLAN
W tym momencie doszło do mnie, że dla Joe śmierć była by wybawieniem.
To co zrobił Violet, było okropne. Odwdzięcze mu się tym samym a nawet z nawiązką.
Podniosłem bezwładne ciało Violet i ruszyłem w stronę wyjścia.
-Zamknijcie go tu, tak żeby nie uciekł. Poźniej się nim zajmę – warknąłem.
Teraz jedyne o czym myślałem to by Violet i nasze dziecko przeżyło.
Jechałem jak najszybciej do szpitala.
———————-
Za błędy przepraszam xx
Dajcie znać w komentarzach jak wam się podoba :) mile widziane gwiazdki ❤️
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com