Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

9

(Rozdział może zawierać przemoc)

DYLAN
Dojechaliśmy do domu rodziców Violet i Iana najszybciej jak mogliśmy, nasze serca waliły niczym dzwony, nie wiedzieliśmy czego możemy się spodziewać. Miałem złe przeczucia.
Ian wpadł do domu jak poparzony a ja zaraz za nim. W domu jedyny odgłos, który dało się usłyszeć to cichy szloch.
-Amber ? Violet !
Znalazłem moją siostrę całą zapłakaną. Wiedziałem, że się nie myliłem.
-Gdzie jest Violet ?- zapytał Ian, ponieważ ja nie byłem w stanie wydusić żadnego słowa.
Amber gdy usłyszała to pytanie, rozpłakała się całkowicie. Rozejrzałem się a Ian przytulił swoją dziewczynę.
Moją uwagę przykuło pudełko. To co w nim zobaczyłem przyprawiło mnie o ból głowy. Uderzyłem pięścią w ścianę i głośno krzyknąłem.
-Gdzie ona jest do cholery !
Wściekłość pomieszana ze łzami, moja furia przysłaniała logiczne myślenie, podeszłem do Amber i chwyciłem ją dość mocno za ramię. Jednak ona nic nie powiedziała, co jeszcze bardziej doprowadziło mnie do szału.
-Mów co się stało Amber, nie mam zamiaru czekać – warknąłem na siostrę choć wiem, że będę tego żałować. Jednak teraz liczyła się tylko Violet.
-Violet zadz..zadzwoniła na policję – wyjąkała przez szloch. – N..Nie mam pojęcia co się stało, nic nie rozumiem. Gdy przyjechali tak po prostu zabrali ją ze sobą. Nie mogłam nic zrobić.
W mojej głowie od razu pojawiła się paskudna twarz White'a. Wiedziałem, że to wszystko jego sprawka. To on miał wtyki w policji. On kazał zabrać Violet. Przymknąłem oczy i wziąłem głęboki oddech.
Poczułem się strasznie bezsilny, zawiodłem Violet i naszego maluszka. Nie mogę jej tak po prostu oddać. Nie pozwolę by stała im się krzywda.
-Ian zostań z Amber.
-Dylan ...co chcesz zrobić ? -zapytał z lekkim niepokojem.
-To co powinienem zrobić już dawno temu. Zabić Joe.
Nie miałem zbyt wiele czasu, jednak nie miałem pojęcia gdzie go szukać.
Ku mojemu zdziwieniu adres przyszedł sam.
Joe wysłał mi wiadomość z adresem i całe szczęście byli w Bostonie. 

VIOLET
Kompletnie nie wiedziałam co jest grane, dlaczego dwaj funkcjonariusze szarpią mnie ciągnąc do radiowozu. Nie byłam w stanie się im postawić, byli zbyt silni.
-Co wy robicie do cholery ! Ja nic nie zrobiłam, to ja jestem ofiarą. – krzyczałam, jednak do nich to nie docierało.
-Halo, czy któryś z was powie mi o co tu chodzi? – moja irytacja sięgała zenitu. To co wydarzyło się później przyprawiło mnie o omdlenie.
Joe White siedział za kierownicą radiowozu. Tak, nie miałam żadnych zwidów. On we własnej osobie, siedział i patrzył się na mnie, niczym kot na swoją zabawkę.
Jedyne co pamiętam to ciemność przed oczami i jego cierpki głos.
-Witaj kochanie

Gdy otworzyłam oczy, nie mogłam przypomnieć sobie co się wydarzyło, nie rozpoznawałam pomieszczenia, w którym akutalnie było dane mi przebywać. Poczułam zapach stęchlizny i smoły. W pomieszczeniu panował półmrok, a ja siedziałam na jakimś starym krześle.
-Gdzie ja jestem do cholery – szepnęłam sama do siebie, mając nadzieje, że nagle się dowiem. Złapałam się za brzuch, czując nagły skurcz. Czyżby mój maluszek bał się tak samo jak ja ? A może starał się o sobie przypomnieć mówiąc „ mamusiu nie bój się – jestem z tobą"
Wstałam powoli z krzesła -  było to  lekkim szokiem, ponieważ nie byłam uwiązana.
Błądziłam dłońmi w powietrzu starając się coś „wymacać" jednak bez efektów. Nie było tu żadnych okien, ani niczego przez co mogłam uciec. Jedynie drzwi, które były zamknięte. Może nie było zbyt rozsądne to co dalej zrobiłam, ale byłam tak zdesperowana, że łapałam się wszystkiego.
-Czy ktoś mnie słyszy ?Halo! Błagam pomóżcie mi – zaczęłam krzyczeć w każdym kącie pomieszczenia. Po chwili podeszłam do drzwi i zaczęłam w nie walić z całych sił. Zaczęłam panikować. Czułam się jak w ciasnej komórce, z której nie ma wyjścia. Załamana usiadłam na podłogę, gdy po chwili usłyszałam czyjeś kroki.
Szczęk zamka i ostre światło, które wpadło do pomieszczenia.
-O witaj moja słodka – znów ten cierpki głos. Nie mogłam uwierzyć, że znów mnie dopadł.
-Joe – powiedziałam przestraszona.
-We własnej osobie, wiem że spodziewałaś się jakiegoś księcia na białym koniu, ale przykro mi skarbie, to nie ta bajka.
-Dlaczego nie dasz mi spokoju? Dlaczego mi to robisz.
-Widzisz słoneczko, niestety ale związałaś się ze zła osobą. Dylan i ja, jak zapewne zdążyłaś zauważyć, nie darzymy się sympatią. Wszystko kierwane osobistymi pobudkami jednak Ty, sprawilaś że zapragnąłem Cię mieć, tylko dla siebie. Nie mogę jednak żyć z myślą, że wybrałaś jego. Dlatego więc zdecydowałem, że skoro ja nie mogę Cie mieć, to on tym bardziej.
-O czym ty mówisz Joe.
Podszedł do mnie zapalając światło, jak się okazało w piwnicy.
Kucnął na przeciw mnie. Dotknął mojego brzucha. Starałam się odsunąć, jednak przytrzymał mnie.
-Zamierzam odebrać mu wszystko co kocha, na czym mu zależy a doszedłem do wniosku, że nie ma dla niego nic ważniejszego od Ciebie.
Przęłknęłam głośno ślinę.
Zobaczyłam jak chłopak wyciąga coś ze spodni.
Nie mogłam ustalić co to.
-Posłuchaj Joe, wiem że być może czujesz się zraniony przez Dylana. Choć zupełnie nie wiem dlaczego, pewnie dlatego, że zazdrościsz mu życia. Sam chciałbyś taki być i mieć kogoś na kim możesz polegać. Wszystko da się zmienić, lecz trzeba chcieć, może spotkasz jeszcze miłość swojego życia – pomyśl, chcesz spędzić resztę życia w więzieniu ? – zapytałam z nadzieją, że może obudzę w nim człowieka.
Chłopak spojrzał na mnie i zaczął się śmiać. Mi nie było do śmiechu.
-Myslisz, że chce być taki jak on? Głupiutka. Jedyne czego mu zazdroszczę to TY. Żałuję, że wtedy nie umarłaś, zaoszczędziłabyś  wszystkim sporo kłopotów. Ale Ty – taka dzielna i waleczna, tak bardzo chcesz żyć u jego boku, a on u twojego. Brzmi jak z pięknego filmu, jednak ten film nie skończy się happy end'em.  A wiesz dlaczego? Bo w niektórych bajkach, to właśnie zło wygrywa. A ja z całą pewnością nim jestem.
Chłopak uśmiechnął się złowrogo i otworzył przedmiot z kieszeni. Był nim scyzoryk.
Poczułam niesamowite ciepło, które przeszło przez moje ciało.
-Joe, prosze Cie, nie rób mi krzywdy.
-Dlaczego myślisz, że Cię posłucham ?
Ostrzem zaczął kreślić wzorki na moim ciele, zaczynając od ud.
Jego dotyk, choć jeszcze nie przebił mi skóry, niesamowicie palił, jakby ktoś przykładał mi ognień do ciała.
Kierował się w stronę brzucha, który starałam się zakryć rękoma, jednak na próżno.
-Błagam Cię, nie rób mu krzywdy, ono nie jest nic winne – po moich policzkach zaczeły spływać łzy. Byłam bezsilna z myślą, że to moje ostatnie chwile.
Chłopak wstał i położył dłonie na moich policzkach, scierając łzy. Zaczął je całować, próbowałam się odwrócić jednak na próżno. Jedną ręke skierował na moje udo i kierował się w stronę zamka od moich spodni. Zaczęłam płakać jeszcze bardziej, starałam się zacisnąć uda tak mocno jak tylko mogłam. Udało mi się. Joe nie był zadowolony, odsunął się i spoliczkował mnie.
Podniósł nóż i wbił go z całych sił w moje udo. Krzyknęłam z bólu. Był tak przerażający, że nie mogłam złapać tchu. To mój koniec.
-Chyba nie chcesz, żebym przesunął go niżej i rozdarł do końca twoje piękne ciało ?
Pokiwałam przecząco głową.
Modliłam się w duchu, by moja śmierć nie była tak bolesna jak w tej chwili.
-Jesteś okropnym człowiekiem Joe – wyszeptałam.
-Wiem – odpowiedział z uśmiechem i wbił nóż w drugie udo.
Ból był tak silny, że straciłam przytomność.

———————
Cześć kochani ! Wróciłam, nie jestem pewna na jak długo ale zawsze coś :D
Za ewentualne błędy przepraszam xx (zauważenie błędu mile widziane :) )
Mam nadzieje, że się spodoba.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com